Demokratyczny wybór na talerzu

Pamiątkowe zdjęcie po konferencjiNa talerzu nie mamy wyboru, a możliwość wyboru to podstawa demokracji i pora najwyższa by to zmienić. Zwłaszcza, że chcemy, czy nie chcemy jemy żywność z GMO, a przecież w naszym kraju można bez problemu wyprodukować odpowiednią ilość biała potrzebną do skarmiania zwierząt, co jest warunkiem tego, by w jedzeniu nie było GMO – to podsumowanie konferencji poświęconej znakowaniu produktów spożywczych bez GMO, która odbyła się 30 czerwca w Warszawie.

Spotkanie producentów żywności, przedstawicieli przemysłu paszowego, firm handlowych i organizacji ekologicznych zorganizowane przez Zielony Instytut oraz Instytut Spraw Obywatelskich było częścią trwającej kampanii na rzecz znakowania produktów – „Bez GMO”.
– Podsumowaniem konferencji była nie tylko dyskusja, ale deklaracja, porozumienie jego uczestników o tym, by w Polsce rozwinąć prywatne standardy oraz kodeks producentów i handlowców dotyczące oznaczeń produktów spożywczych jako te wolne od GMO – poformowała uczestniczka debaty Danuta Pilarska, prezes ZZRE św. Franciszka z Asyżu, rolniczka ekologiczna. – Mieliśmy również możliwość „z pierwszej ręki” dowiedzieć się jak wygląda system znakowania żywności bez GMO w Europie, jakie są europejskie problemy i rozwiązania tej kwestii – dodała.

Znakowanie

– Obecnie w naszym kraju nie ma żadnych zasad i każdy producent może pisać na swoich produktach co chce. Oczywiście musi być to zgodne z prawdą. Zatem jeśli ktoś udowodni, że jego produkty są bez GMO może informować o tym swoich klientów – wyjaśniła otwierając dyskusję Dorota Metera, koordynatorka kampanii. W niektórych krajach unijnych takie ujednolicone systemy znakowania już wypracowano. – Chcielibyśmy, żeby u nas też tak było, ale to jest bardzo długa droga – przewidywała Metera. – Takim wyznacznikiem jakości jest tzw. unijny zielony listek, który znajduje się na produktach rolnictwa ekologicznego. Ten znak określa, iż jest to żywność najlepszej jakości – podkreśliła prezes Pilarska. Jednak w sklepach tak oznaczonej żywności jest mało.
W Unii Europejskiej obowiązują różne systemy znakowania żywności bez GMO. W Austrii, gdzie już 15 lat temu wprowadzono ten system, a świadomość proekologiczna konsumentów jest najwyższa, oznaczenia te są respektowane przez ministerstwo rolnictwa i zdrowia. W Niemczech znaki towarowe z oznaczeniem „GMO frei” nadawane są przez stowarzyszenia zrzeszające producentów, handlowców i przetwórców.
Jak powiedział podczas spotkania Alexander Hissting z VLOG,(Stowarzyszenie Producentów Żywności bez Techniki Genetycznej): – W Niemczech, wielu handlowców wprowadza produktu wolne od GMO pod presją rynku konsumentów. Jednak ustawa, która reguluje te kwestie została wprowadzona w życie dopiero w 2008 roku, a jej wprowadzenie w życie nie było łatwe. Ekolodzy napotykali się na ostre reakcje lobby przemysłu spożywczego.  VLOG zrzesza około 190 producentów, przetwórców i handlowców. – Są u nas marki producencie i handlowe znane również w Polsce. W przełożeniu na ceny detaliczne produkty „eko” są droższe o kilka centów, niż te „tradycyjne”. Jednak mięso jest już trzykrotnie droższe.
Z kolei w takich krajach jak Włochy i Słowenia oznaczeniami produktów jako wolne od GMO zajmują się prywatne organizacje.

Co dalej?

– Nie ma również, w najbliższej perspektywie czasowej, szans by to Unia Europejska wprowadziła takie przepisy ujednolicające system znakowania żywności bez GMO – stwierdził obecny w Warszawie Arnaud Apoteker, doradca ds GMO Grupy Greens/EFA w Parlamencie Europejskim. Wymienił sporo przyczyn dlaczego tak jest. Najważniejsze: GMO dzieli polityków tych samych frakcji, duży nacisk proGMO ze strony przemysłu biotechnicznego i ekonomia. – Europa corocznie importuje miliony ton soi modyfikowanej – powiedział Arnaud Apoteker. – To są ogromne pieniądze i ogromne… naciski – podkreślił.

Wszystko zaczyna się od paszy

Właśnie pasze są największym problemem. – Czy chcemy, czy nie chcemy jemy GMO – stwierdziła Danuta Pilarska. – To GMO zwarte jest w paszach importowanych z Ameryki Południowej. Pasze te służą skarmianiu zwierząt, a na koniec jemy mięso z GMO – dodała.
– Klient powinien mieć wybór, powinien wiedzieć, czy jedzenie którte spożywa zawiera GMO czy też nie – zaznaczyła Danuta Pilarska. – Teraz jest tak, że na sklepowych półkach spotykamy żywność oznaczoną jako tą bez GMO, lecz w praktyce różnie to bywa – dodała.
W trakcie konferencji podkreślono zgubne dla organizmu ludzkiego skutki spożywania GMO. Stwierdzono, że DNA np. wirusów, które znajduje się w zmodyfikowanej kukurydzy ostatecznie łączy się z genotypem człowieka, po czym uaktywnia się w ludzkim organizmie i w konsekwencji doprowadza do śmierci danej osoby.
Położono nacisk na skutki ekonomiczne importu. – W Polsce jest to kwota około 3 miliardów złotych. Pieniądze te mogłyby pozostawać w Polsce i służyć rozwojowi polskiego rolnictwa. W naszym kraju mamy możliwość wyprodukowania odpowiedniej ilości pasz potrzebnej do wyżywienia zwierząt, a przy tym zachowania ekonomiki np. tuczu żywca, co jasno udowadniają badania prowadzone przez naukowców z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu. Podkreślmy. Jak powiedział w Warszawie dr Robert Mikuła z Katedry Żywienia Zwierząt i Gospodarki Paszowej: – Na studiach uczono mnie, że nie da się żywić zwierząt nie stosując soi, śruty sojowej lub poekstarktów. Ale nasze badania i wyniki doświadczeń wskazują na to, iż się da!. Jestem niezwykle zaskoczony obserwując, że przyrosty dzienne tuczników absolutnie nie odbiegały od tego co osiągano stosując soję. Po prostu. Trzeba się nauczyć technologii żywienia od nowa – podkreślił.

Ten wpis został opublikowany w kategorii WYDARZENIA i oznaczony tagami , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.